Powiem wam, że przeczytanie 111 wierszy na akord bez pomieszania zmysłów, to rekord! Czytanie antologii poetyckiej jednym cięgiem jest zajęciem sprzecznym z naturą poezji. Wiersz ze swojej natury domaga się namysłu, 111 wierszy, a każdy inny, a każdy ważny, a każdy każdy, to jest potężne wyzwanie dla umysłu. Jak to czasami ostrzega telewizja przy różnych niecodziennych, niebezpiecznych wyczynach, nie powtarzajcie tego w domu!
111 wierszy przeczytanych jeden po drugim, po trzecim, po setnym, tworzy własny, zbiorowy tekst. Poszczególne głosy nakładają się na siebie, obrazy przechodzą z jednego utworu do następnego i po pewnym czasie czytelnik nie słyszy już wyłącznie 111 poetek, lecz coś w rodzaju chóru. Tak właśnie "usłyszałam" drugi tom „111. Antologii Babińca Literackiego”, obejmujący lata 2020–2024.
Co z tych 111 wierszy zostanie mi w głowie, co w sercu, co w żołądku, co osiądzie na wątrobie, a co na długo i boleśnie skrystalizuje się w kamienie nerkowe - żeby pozostać przy cielesności będącej - powiedzmy - wspólnym mianownikiem poezji tworzonej przez kobiety, przekonam się gdy ochłonę.
Tak czy tak moje pierwsze zaskoczenie dotyczy właśnie lat - że zacznę od rymu, którego w tych wierszach brak. To przecież pięć lat wyjątkowo gwałtownych: pandemia C-19, agresja Rosji na Ukrainę 24.2.22, wojna zapoczątkowana atakiem Hamasu na Izrael 7.10.23, kolejne wojny i kryzysy, coraz gwałtowniejsza polaryzacja polityczna w świecie i w kraju, i jak już jesteśmy w kraju: wyrok Trybunału Konstytucyjnego dotyczący aborcji i wielkie protesty kobiet.
Można by się więc spodziewać antologii mocno zanurzonej w historii chwili. Tymczasem historia dudni gdzieś daleko za horyzontem i tylko od czasu do czasu staje się bliska, głośna i groźna, choć z góry powiem, że jeden z tych 111 wierszy wybija się nad wszystkie, dlatego słyszę tę antologię Babińca jako przejmujący chór na 110 głosów i 1 dominujący dojmujący głos jednego wiersza jednej solistki. Ale o tym na koniec.
Na razie rozróżnijmy niektóre poszczególne głosy, bo to one składają się na ten polski chór na wzór antycznego greckiego chóru: bywa, że wzniosły jasny śpiew, bywa że ciemna skarga i lament.
Oto wydarzenie publiczne staje się impulsem do wiersza o sytuacji kobiet: Anna Dwojnych bierze za punkt wyjścia wiadomość o matce, która w pośpiechu zostawiła dziecko w samochodzie, i zamienia ją w rozpędzony, niemal pozbawiony oddechu zapis przymusu nieustannego "zdążania" na czas w wiecznym niedoczasie. Kobiecy los w XXI wieku: matka zapracowana, goniąca za wymogiem sprostania wszystkim współczesnym zadaniom w punkt i perfekt.
Bo "kobiecy los" tej książki dzieje się właśnie tu. Dzieje się w domu, w kuchni, w łóżku, w pracy, w szpitalu, przy umierającej matce, przy dziecku, którego się pragnęło albo którego nie można było mieć, przy ciele rodzącym, chorującym, starzejącym się, pożądającym i odmawiającym seksu. Dzieje się w rodzinnej pamięci, pomiędzy matką a córką, babką a wnuczką, kobietą a mężczyzną, kobietą a pracodawcą, kobietą a Bogiem, kobietą a własnym odbiciem.
I właśnie ciało wydaje mi się jednym z głównych bohaterów tej antologii.
Nie ciało abstrakcyjne ani "kobiece ciało" z reklamowego obrazka. Ciało konkretne. Krwawiące, pocące się, tyjące, chudnące, zachodzące albo niezachodzące w ciążę, tracące dziecko, przechodzące menopauzę, zdrowe do czasu, seksualne i aseksualne, a na końcu stare, mądre i doświadczone, ale też zmęczone, schorowane, umierające.
W "cieleśnie" Agnieszki Ginko ciało po prostu "chce próbować wszystkiego", a kiedy przestanie krwawić, nadal pozostanie zachłanne na życie - i nic go nie pokona poza śmiercią. U Weroniki Popowicz ciało staje się przeciwnikiem w wojnie prowadzonej pod sztandarem dyscypliny, szczupłości, religii i oczekiwań społecznych: ma być "maleńkie i kruche", żeby mogły je pokochać Bóg, Ojczyzna i Książę z Bajki.
Macierzyństwo pojawia się tu bardzo często, ale niemal nigdy jako pocztówka z okazji Dnia Matki. Jest pracą, odpowiedzialnością, strachem, więzią, utratą, czasem pułapką, czasem niespełnieniem. Bywa również pytaniem etycznym. Jadwiga Graboś w "Res (in)corporales" doprowadza je aż do pytania o granice obowiązku wobec życia, które nie byłoby zdolne do samodzielnego istnienia, i kończy gorzkim żądaniem, aby ten, kto chce "snuć pępowinę pomiędzy sumieniami", najpierw sam spróbował służyć bez wytchnienia dzień i noc.
W „Moście” Justyny Wojdyło kobieta w dziesiątym tygodniu ciąży czeka na pomoc z zagranicy; codzienność - kanapki, podatki, dzieci, zakupy - biegnie obok dramatu, którego państwo nie chce zobaczyć. I wtedy metafora mostu przestaje być ozdobą: skoro instytucje zawodzą, mostem pomiędzy ludźmi musi stać się drugi człowiek.
Bardzo silna jest w tej książce genealogia kobiet. Babki, matki nieustannie przekazują z pokolenia na pokolenie - córkom, wnuczkom - nie tylko życie, lecz także lęk, pamięć, wzory zachowań, poczucie winy, umiejętność przetrwania. Wioletta Grzegorzewska tworzy w "Wszystko o mojej babce" wielki, niemal litanijny portret kobiety będącej jednocześnie "królową", "akuszerką", "niewolnicą", kochanką, matką i strażniczką dawnego świata.
Z kolei Agnieszka Barańska-Stasiak w "Epikryzie" prowadzi czytelnika od chłodnego dzieciństwa i skomplikowanej relacji z matką do szpitalnego czarnego worka, po czym wszystkie dawne pretensje zapadają się w trzy słowa: "Matko - Mamo - Mamusiu".
To jeden z najlepszych przykładów tego, co w tej antologii działa najmocniej: konkret okazuje się silniejszy od deklaracji.
Bo książka ma również nurt wyraźnie interwencyjny i feministyczny. Powracają przemoc seksualna, gwałt, kontrolowanie kobiecego ciała, religijne poczucie winy, stereotyp świętej i ladacznicy, nierówny podział obowiązków, wymaganie, aby kobieta była jednocześnie matką, pracownicą, opiekunką, gospodynią i jeszcze wyglądała, jakby wszystko to przychodziło jej bez wysiłku.
Maria Czekańska wiersz pod świetnym tytułem "Pracująca dama" zamyka świetnym zdaniem: "w Polsce nie ma urlopu / od bycia kobietą". Agnieszka Rautman-Szczepańska pokazuje dziewczynę balansującą od początku "pomiędzy świętą i ladacznicą", której ciało jednocześnie czci się jak ołtarz i traktuje jak cudzą własność, choć te dwa słowa "święta" i "ladacznica" w zasadzie należą do zaprzeszłego vokabularium.
Nie wszystkie wiersze tego nurtu są dla mnie równie przekonujące. Tam, gdzie teza zostaje wypowiedziana przed obrazem i zamiast obrazu, poezja chwilami ustępuje miejsca manifestowi. Ważny temat nie jest jeszcze automatycznie dobrym wierszem. Najlepsze utwory tomu nie mówią czytelnikowi, co ma myśleć - stwarzają sytuację, po której trudno już myśleć tak samo jak przed lekturą.
W tym sensie znakomity jest choćby „Kod RTG 6790#” Patrycji Purgał. Historia poznanej w szpitalu kobiety zostaje sprowadzona do czterech cyfr - kodu otwierającego służbowe przejście. Kobieta umiera, kod nadal działa. Prościej właściwie nie można, a właśnie dlatego pamięć, śmierć i "droga do wyjścia" spotykają się w jednym obrazie.
Podobnie zapamiętałam „Pomarańcze na kołdrze” Marty Klubowicz: dzieciństwo zostaje zamknięte w kilku pomarańczach toczących się po kołdrze chorego dziecka. Dorosła bohaterka wie już o "okrucieństwach świata" i dlatego tęskni nie tyle za samym dzieciństwem, ile za stanem niewiedzy.
Jest w tym tomie sporo śmierci. Umierają matki, dzieci, związki, możliwości, młodość, dawne wersje samej siebie. Jest choroba, depresja, przemoc, samotność, żałoba. Nawet wiersze zaczynające się niewinnie często mają gdzieś pod spodem ciemną zapadnię.
Dlatego tym bardziej zwracają uwagę momenty, kiedy któraś poetka pozwala sobie na humor, ironię albo zwyczajną przyjemność życia. Marta Fox odrzuca "bredzenie o boskiej mocy" i wybiera lampę, czysty blat, herbatę, jabłko i whisky, "która czym starsza, / tym lepsza. / Jak ja". Justyna Tomska potrafi z historii czterdziestoletniego fiołka, którego matka każe wyrzucić, zrobić przewrotną medytację o uporczywej terapii i nagłej zmianie zdania wobec śmierci.
Takich chwil jest jednak stosunkowo niewiele. Nie jest to antologia pogodna. Ale też trudno mieć o to pretensję do poetek: wiersze najwyraźniej częściej powstają z uwierania niż z wygody.
Uderzyła mnie natomiast niezwykła jednorodność formalna zbioru. Sto jedenaście poetek reprezentuje bardzo różne pokolenia, doświadczenia i poziomy literackiego zaawansowania, lecz prawie wszystkie wybierają wiersz wolny. Rym, regularne metrum i tradycyjne formy stroficzne praktycznie zniknęły z tego krajobrazu. Wyjątek jest tym zabawniejszy, że łatwo go przeoczyć: "Solilokwia" Małgorzaty Wójtowicz jest oparta na formie villanelli - dziewiętnastowersową, z powracającymi refrenami swobodną vilanellą - choć finał mówi przewrotnie: "niech biały wiersz w tobie wyrośnie jak ziarno".
To drobiazg, ale ciekawy jako świadectwo stanu współczesnej polskiej poezji. Emancypacja tematyczna jest ogromna, formalnie natomiast swoboda sama stała się niemal konwencją. Poetki mogą powiedzieć wszystko, użyć języka potocznego, wulgarnego, medycznego, religijnego, internetowego, mogą rozbić składnię i interpunkcję - lecz niemal żadna nie odczuwa potrzeby wejścia w spór z sonetem, sestyną, villanellą czy regularnym rymem. Wolny wiersz przestał być buntem przeciw formie; stał się formą domyślną.
I może właśnie tutaj najciekawiej drugi tom „111” spotyka się z pierwszym.
Pierwsza antologia pokazywała, że nie istnieje jeden "kobiecy język poetycki". Druga potwierdza to jeszcze mocniej. Nie ma wspólnej poetyki, jest natomiast zadziwiająco trwałe wspólne pole doświadczeń. Kobiety nadal piszą o ciele, rodzinie, seksualności, macierzyństwie, religii, przemocy, pamięci i prawie do stanowienia o sobie. Zmieniły się dekoracje, język stał się jeszcze bardziej bezpośredni, pojawiły się chatboty, aplikacje, media społecznościowe i współczesne rekwizyty, ale podstawowe pytanie pozostało: jak być sobą w świecie, który nieustannie próbuje powiedzieć kobiecie, kim powinna być?
Na szczęście odpowiedzi jest 111.
I nie tworzą chóru śpiewającego unisono. Raczej wielogłos, czasami zgodny, czasami drażniący, czasami piękny, czasami chropawy, niekiedy artystycznie nierówny - jak musi być nierówna antologia, która nie wybiera jednej szkoły poetyckiej ani jednej generacji.
To chyba największa wartość Babińca Literackiego. Nie ustanawia kanonu "poezji kobiecej", lecz konsekwentnie podważa sens takiego kanonu. Pozwala poetkom mówić - śpiewać w tym kobiecym chórze - własnymi głosami. Także wtedy, kiedy te głosy sobie przeczą.
Po przeczytaniu 111 wierszy nie umiałabym więc powiedzieć, czym jest "poezja kobieca". I bardzo dobrze. Mogę natomiast powiedzieć, że wiem trochę więcej o stu jedenastu sposobach bycia kobietą - człowiekiem płci żeńskiej bynajmniej nie drugiej - we współczesnym świecie.
* * *
A teraz wróćmy do tego, co dudni na planecie Ziemia coraz bardziej przerażająco, wojna! Powszechne zbrojenie się, demonstracje militarnej siły, pokazy najnowszych technologii w obronie, ale też w rażeniu. Hanna Dikta w "Pytaniu" pyta, czy kiedy płoną ukraińskie miasta, wypada jeszcze płakać w kinie nad Franceską i Robertem z filmu sprzed trzydziestu lat "Co się wydarzyło w Madison County", gdzie wiecznie młody Clint Eastwood zostawia za sobą "na zawsze / zapyziałe miasteczko most i miłość / do której szedł / z aparatem na ramieniu / przez całe życie", żeby dziś, jako ponad dziewięćdziesięcioletni starzec dożyć wojen, których w XXI wieku, po całych wiekach oświecania ludzkości, po prostu nie powinno być.
Bo na koniec ten jeden solowy głos, który słychać, gdy chór przechodzi w jednostajne murmurando, żeby temu głosowi dać wybrzmieć tym mocniej, tym bardziej osobno: "***(Jeśli wojna jest kobietą)" Elżbiety Kurowskiej. Autorka bierze temat kobiety, ale nie zatrzymuje się na kobiecym doświadczeniu prywatnym. Od razu przenosi je w wymiar historii, przemocy i wojny - i robi to przez bardzo mocne obrazy, nie przez deklarację.
Ten wiersz ma bardzo prosty mechanizm konstrukcyjny: powtarzane "Jeśli wojna jest kobietą, to…" działa jak refren, ale za każdym razem zdanie zostaje wypełnione innym obrazem. I to daje się słyszeć ponad wszystkie głosy: Kurowska nie personifikuje wojny jako kobiety triumfującej, fatalnej, uwodzicielskiej, bogini wojny. Robi dokładnie odwrotnie. Jeśli wojna ma być kobietą, to jako ofiara, ciało, które cierpi, chroni, milczy, traci, próbuje ocalić życie.
Już pierwsza strofa ustawia wszystko: "Jeśli wojna jest kobietą, to wyłącznie / korą obdartą z drzewa, / złamanym skrzydłem ptaka, /
postrzępioną fotografią w kieszeni munduru."
To są trzy kolejne stopnie zranienia: natura, zwierzę, człowiek/pamięć. A potem wiersz nagle przechodzi z metafory do sytuacji granicznej: matka próbuje "wytargować życie córki / za własne". I wtedy wiadomo, że to nie będzie efektowna metafora wojny, tylko poetyka wymiany niemożliwej: ciało za ciało, życie za życie, cisza za ocalenie.
Uderzający jest kontrast między wojną wyobrażoną przez mężczyzn a wojną przeżytą przez kobiety: "panią malowaną w męskich snach o potędze, / i panią na jawie / z ustami pokrytymi popiołem…"
To chyba ideowy rdzeń wiersza. Wojna w powszechnym męskim imaginarium może być heroiczną "panią": chwałą, potęgą, mundurem, sztandarem, zwycięstwem. Wojna "na jawie" ma popiół w ustach, paznokcie wbite w ziemię i "oczy puste jak niebo". Jednym ruchem Kurowska rozbija cały romantyczny mit wojny. I potem ta wiolonczela: "pękniętą wiolonczelą z wyprutymi żyłami, / bezdźwięczną na zawsze".
Dlatego na koniec tej recenzji dołączę dwa swoje wiersze w klasycznej formie, łączące kobiety i mężczyzn w oporze przeciwko wojnie:
"7.10"
Radość Tory, sobota, październik,
w taki dzień niebo się rozerwało,
brak słów na opisanie tej zbrodni,
"ślepa wściekłość", to dużo za mało.
Simchat Tora, dzień szwii oktober,
wyć, płakać, rozpaczać by się chciało,
o, Allachu, o, Jahwe, o, Boże,
to za mało, za mało, za mało.
To po to synów rodzisz, kobieto,
słodkie, kochane, wdzięczne bobaski,
by otwierały na oścież piekło?
Czemu pozbawiasz ich, Boże, łaski,
czemu wraz z życiem dajesz im wściekłość,
czemu ich trujesz jadem szatańskim?
Kraków, 15.10.23
*
"Maksymowi Krywcowi i jego Rudemu Kotu"
To chyba dobrze, że zginęli razem,
Jakże by mogli żyć dalej bez siebie?
Poeta z kotem szedł, gdy kraj w potrzebie,
Trzeba im było iść zgodnie z rozkazem.
Gdzie wiersze znajdą się nienapisane,
I ile "Rudy, chodź", nigdy nie padnie?
Obaj rodzili się, by przeżyć ładnie
Na wszechczas życie raz im darowane.
Ale tym razem śmierć była łaskawa,
Trzeba jej oddać cześć, bo skądś wiedziała,
I śmierci czasem się należą brawa.
Może się parze tej skądś przyglądała?
Lecz, nie! Rozgrzała ją wojenna wrzawa,
Obu z rozpędu ich zaszlachtowała!
Kraków, 8.1.2025, Maksym Oleksandrovych Kryvtsov - Максим Олександрович Кривцов (ur. 22 stycznia 1990 w Równem) był ukraińskim poetą. 7 stycznia 2024 poległ wraz ze swoim kotem.