LOGOWANIE

NEWSLETTER

WYSZUKIWARKA

POEZJA 26.09.2023 09:34
Początek I wojny światowej, entuzjazm zmobilizowanych Niemców z Bawarii

Rainer Maria Rilke: Heil mi, bo załapałem o co chodzi


Heil mi, bo złapałem o co chodzi. Długi czas

spektakl nie zdawał nam się prawdziwy

a wymyślony obraz nie przemawiał do nas zrozumiale. 

Kochani, teraz Czas przemawia jak ślepy

jasnowidz, mędrzec o starej duszy.

Słuchajcie. Tego jeszcze nie słyszeliście. Teraz jesteście drzewami,

przez które wiatr coraz głośniej i głośniej szumi;

Sponad płaszczyzny lat uderza nawałnicą

wprost z uczuć ojców, z ich wyższych czynów, z wysokości

górskiego pasma bohaterów, które wkrótce świeżym śniegiem

waszej radosnej chwały czyściej, bliżej rozbłyśnie.

Jakaż przemiana dokonuje się teraz w pełnym życia krajobrazie: nadchodzi

młody, jędrny las w to miejsce i starsze pnie,

i niepozorny ryż ustępują przed tymi, którzy nadciągają.

Kiedyś, kiedy rodziłyście, poczułyście rozłąkę, o, matki, 

dziś znów poczujcie to szczęście bycia dawczyniami. 

Dajcie, jak dajecie nieskończoność, dajcie. Bądźcie w te nadchodzące dni

bogactwem natury. Pobłogosławcie swoich synów.

A wy, dziewczęta, pamiętajcie, że oni was kochają: takie

serca, miłujące was, jak straszny nie byłby napór,

miękną, dzięki wam, ukwieconym.

Przezornie wstrzymywałyście się, teraz możecie kochać 

nieskończenie, stać się legendarnymi kochankami, jak kobiety czasów prastarych:

że ta, która ma nadzieję, znajduje się jakby była w ogrodzie nadziei;

że ta, która płacze, płacze, jak ta z gwiazdozbioru

przypominającego o płaczącej kobiecie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


(tł. Ela Binswanger)






Rainer Maria Rilke: Heil mir, dass ich Ergriffene sehe


Heil mir, dass ich Ergriffene sehe. Schon lange

war uns das Schauspiel nicht wahr

und das erfundene Bild sprach nicht entscheidend uns an.
Geliebte, nun redet wie ein Seher die Zeit

blind, aus dem ältesten Geist.

Hört. Noch hörtet ihrs nie. Jetzt seid ihr die Bäume,

die die gewaltige Luft lauter und lauter durchrauscht;

über die ebenen Jahre stürmt sie herüber

aus der Väter Gefühl, aus höheren Taten, vom hohen

Heldengebirg, das nächstens im Neuschnee

eures freudigen Ruhms reiner, näher erglänzt.

Wie verwandelt sich nun die lebendige Landschaft: es wandert
würziger Jungwald dahin und ältere Stämme,

und das kürzliche Reis biegt sich den Ziehenden nach.

Einmal schon, da ihr gebart, empfandet ihr Trennung, Mütter,
empfindet auch wieder das Glück, dass ihr die Gebenden seid.
Gebt wie Unendliche, gebt. Seid diesen treibenden Tagen

eine reiche Natur. Segnet die Söhne hinaus.

Und ihr Mädchen, gedenkt, dass sie euch lieben: in solchen

Herzen seid ihr gefühlt, so furchtbarer Andrang

ging, zur Milde verstellt, mit euch, Blumigen, um.

Vorsicht hielt euch zurück, nun dürft ihr unendlicher lieben,
sagenhaft Liebende sein wie die Mädchen der Vorzeit:

dass die Hoffende steht wie im hoffenden Garten;

dass die Weinende weint wie im Sternbild, das hoch

nach einer Weinenden heißt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 


*


Monachium, początek sierpnia 1914, z: "Fünf Gesänge", Kriegs-Almanach 1915, druga z serii "Pięciu pieśni"


*

@wielkie litery: czasami zostawiam jak w oryginale niemieckim dla podkreślenia ważności danego słowa


@„ta z gwiezdnej konstelacji”: gwiazdozbiór Panny w starożytności identyfikowany z mitologicznymi kobiecymi postaciami, Astarte, Izydą, Ateną, Demeter, Erigone, Dike, Persefoną... od średniowiecza utożsamiany jest z opłakującą syna Matką Boską, Panną Świętą.





Przypisy:
[1]:

Lipiec 1914 - jak wyglądała mobilizacja armii niemieckiej?

Latem 1914 roku chyba nikt nie brał na poważnie możliwości wybuchu wojny. Mobilizacja zaczęła się niespodziewanie i przebiegła błyskawicznie. Wielu zmobilizowanych nie doczekało do końca sierpnia...

Po wojnie wszyscy autorzy wspomnień zgodnie pisali, że pod koniec lipca 1914 roku nikt poważnie nie myślał o wybuchu wojny, a już na pewno nie o możliwości rozpętania konfliktu na skalę ogólnoświatową. W Niemczech można było znaleźć wiele dowodów na to, że nagły rozwój sytuacji był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Część oficerów była na urlopach. Ćwiczenia polowe prowadzono rutynowo i niezbyt intensywnie z powodu upałów, które latem 1914 roku opanowały całą Europę. Dopiero po odrzuceniu ultimatum austriackiego rządu przez Królestwo Serbii zdano sobie sprawę, jak realne jest zagrożenie wojną. 


Dla oficerów i żołnierzy znajdujących się w czynnej służbie punktem przełomowym był 31 lipca, kiedy z kwatery głównej dotarł podpisany przez cesarza Wilhelma II rozkaz - "Stan zagrożenia wybuchem wojny" ("Zustand der drohenden Kriegsgefahr"), co zgodnie z planem oznaczało rozpoczęcie mobilizacji. Pułki, które miały być zaangażowane w działaniach nadgranicznych, już na to hasło musiały być przygotowane do natychmiastowego przystąpienia do walki.


Wieczorem 31 lipca z balkonu berlińskiego pałacu Hohenzollernów padły wypowiedziane przez cesarza słynne słowa skierowane do Francji i Rosji: "Wrogowi pokażemy, co znaczy drażnić Niemcy!" ("Dem Gegner werden wir zeigen, was es heißt, Deutschland zu reizen!").

Już następnego dnia, 1 sierpnia po południu, ogłoszono oficjalnie pełną mobilizację. Cesarz zapewniał wprawdzie nadal o swoich pokojowych zamiarach, nie ukrywał jednak, że jego zdaniem od lat starano się za wszelką cenę unicestwić Rzeszę Niemiecką. Jego mowę tronową przedrukowały wszystkie gazety w Niemczech. Również w polskich prowincjach wschodnich głośno komentowano przemówienie do berlińczyków zgromadzonych przed pałacem królewskim, w którym panujący władca zapewniał o jedności wszystkich Niemców podczas zbliżającej się wojny: "Panowie, czytaliście, co powiedziałem z balkonu pałacu mojemu narodowi. Znam [od tej pory] tylko Niemców! A na świadectwo tego, że jestem zdecydowany, nie zważając na różnice partyjne, stanowe i konfesyjne, przejść razem przez nędzę i śmierć, wzywam zarządy partii, by podeszły do mnie i przyrzekły to uroczyście". 


Niemcy 2 sierpnia wypowiedziały wojnę Rosji i tego samego dnia Francji. Wilhelm II 5 sierpnia odnowił Eisernes Kreuz, odznaczenie wojenne przyznawane od początku XIX wieku tylko w okresie wojny. Wielka Wojna się rozpoczęła.


Entuzjazm w tych pierwszych dniach, szczególnie w miastach, także w Wielkopolsce i na Górnym Śląsku, był duży. Obejmował jednak tylko pewne kręgi społeczeństwa. Tezę o powszechnej euforii po wypowiedzeniu wojny Rosji i Francji historycy dość zgodnie już dzisiaj odrzucają. O ile rzeczywiście dawało się ją zaobserwować wśród mieszczaństwa i inteligencji, to w rodzinach robotniczych daleko było od takich nastrojów. Podobnie na obszarach, gdzie mieszkały mniejszości narodowe na pograniczach. To przeświadczenie o ogólnym entuzjazmie wzięło się z podtrzymywanego przez prasę codzienną i urzędników odświętnego nastroju na placach i ulicach wielkich miast niemieckich. Na Górnym Śląsku, w Wielkopolsce, na Mazurach i na Pomorzu także z rezerwą patrzono na poddających się temu zbiorowemu szaleństwu Niemców, szczególnie na masowo zgłaszających się ochotników. Wśród Polaków dominował trzeźwy osąd sytuacji: ?Największe głupstwo popełnia ten, który się sam zgłosi do wojska, oj żałuje też nieraz potem, lecz już za późno". reszta pod linkiem



[2]:

I wojna światowa: chwila przed katastrofą

"Militaryzm jest złem bezwzględnym, uwsteczniającym rozwój ludzkości. Ale w danym razie wojny pożądam gorąco" - pisał latem 1914 r. Michał Römer. Dlaczego tak wielu ludzi gorąco pragnęło wojennej katastrofy?


14 (27) lipca, rok 1914, poniedziałek


Mówiąc wczoraj o możliwości wojny europejskiej, powiedziałem: niech będzie! Dlaczego? Wszak wojna jest barbarzyństwem, jest najbrutalniejszym wyrazem pięści, jest strasznym ciosem dla ludów, ciężarem, który nawet w czasie pokoju widmem swoim przyczynia straty olbrzymie kulturze. Militaryzm jest plagą ludzkości współczesnej i awangarda postępu społecznego, proletariat, wraz z plejadą najszlachetniejszych umysłów wszystkich narodów wywiesza wszędzie sztandar pokoju, walczy przeciwko wojnie i militaryzmowi.


Tak jest. Militaryzm jest złem bezwzględnym, uwsteczniającym rozwój ludzkości. Ale w danym razie wojny pożądam gorąco. Wojna wprawdzie możliwa jest i bez militaryzmu, ale militaryzm z niej się urodził i sam ją nadal żywi. Z faktem istnienia militaryzmu liczyć się trzeba. Skoro fakt ten istnieje, wszelkie kwestie stosunków międzynarodowych, powiedzmy raczej - międzypaństwowych, rozstrzygać się muszą stosunkiem siły zbrojnej, a więc elementem wojny. Arbitraż międzynarodowy, konferencje i układy dyplomatyczne, które niby zamieniają wojnę, opierają się właściwie na tym samym militaryzmie. Dopiero obaliwszy militaryzm, można utrwalać jakieś inne formy rozstrzygania stosunków niż wojna. W systemie zaś militaryzmu wojna ma tę wyższość nad układami dyplomatycznymi i arbitrażem, że jest szczera, jest uczciwsza i prostsza, mniej zawiera w sobie obłudy i hipokryzji. Arbitraż i układy dyplomatyczne (konferencje, kongresy itd.) orzekają też w gruncie na podstawie nie innych motywów niż stosunek sił zbrojnych zmilitaryzowanych; jakiejś głębszej prawdy niż wojna w sobie nie zawierają, a do realnej prawdy brutalnego stosunku sił mieszają jeno obłudę frazesów, którymi pokrywają krwawe krzywdy i gwałty. Lepsza więc jest wojna ze swoim ujawnionym bezpośrednim kryterium siły. Nie widzę wobec tego racji zasadniczej, aby woleć arbitraż i dyplomację od wojny; jedynie chyba oportunizm może skłaniać do pierwszeństwa na rzecz arbitrażu, ale oportunizm ten jest kiepski, bo nie przezeń się wybawi ludzkość od militaryzmu i wojny.


W Europie współczesnej, w jej stosunkach państwowych tyle się nagromadziło podłości, krzywdy, obłudy, tyle jest umęczonych żywych procesów rozwoju, które są tłumione sztucznie i wciąż krzyżowane, tyle gorących ofiar niespełnionych i łaknących wyzwolenia, że wielka zawierucha, wielka katastrofa dziejowa, jak taka ewentualna powszechna wojna europejska, jest czymś upragnionym i dodatnim. To, co żywe, się w niej ujawni, z niej wyrośnie, ku nowym światom głos potężny skieruje. Obnażą się w niej wielkie prawdy dziejowe, wielkie męki i fałsze, zmysły ludzkie przejrzą tam, gdzie pozory zasłaniały dotąd życie. W szczególności zaś dla Rosji, dla krajów i ludów w niej jak w turmie ogromnej zamkniętych wojna stworzy atmosferę ruchu i fermentu wewnętrznego, który nie w innym niż wolnościowym kierunku się zwróci, bo tam prowadzi życie. Nie przez miłość anarchii pragnę wojny - o nie. Pragnę ładu, ale takiego, który organizować będzie nie pozory, lecz życie, który zamiast fałszu i krzywdy krwawej ustali to, co dziś jest umęczone i szlachetne. Poza tym wszystkim spodziewam się, że w wojnie obecnej Rosja zostanie pobita, wskutek czego jej ohydna rola zostanie jeszcze bardziej w Europie skompromitowana, a pewne kraje może nawet zostaną ewentualnie z niej wyzwolone - a może my nawet! [...]

Skądinąd cała Europa wrze możliwością powszechnego pożaru. Nawet Dania i Belgia mobilizują się. Jeżeli wybuchnie wojna europejska, to wszystko się rzuci do walki. Same tylko chyba państwa pirenejskie, Hiszpania i Portugalia, nie będą wojować, poza tym zaś wszystkie inne w ten lub inny sposób są zahaczone. Jest to jeden olbrzymi węzeł Gordiasa, gdzie wszystko jest powikłane i współzależne. Zdaje się, że decydujący będzie moment wdania się lub niewdania Rosji. Z hałasu, który robi Rosja, mogłoby się zdawać, że się boi czynu i nadrabia miną i gestem, próbując, czy nie zastraszy tą drogą. Ale może robi to dla wywołania nastroju i podniecenia wojennego w masach, aby rząd nie sam był odpowiedzialny za wojnę, jeno był pchnięty do niej przez naród jako wojny popularnej i narodowej. Urzędowe deklaracje rosyjskie brzmią groźnie i stanowczo, zapewniając o tym, że sprawa Serbii nie może być dla Rosji obojętna i że Serbia osamotniona nie będzie. Hałaśliwe przygotowania wojenne na granicy zachodniej, postępowanie takie, jakby starcie było pewne, rozdmuchiwanie pogłosek i pogróżek wojennych, wreszcie faworyzowanie i staranne publikowanie odbywających się w Petersburgu i innych miastach manifestacji patriotycznych, pełnych tupetu wojennego - wszystko to daje dużo do myślenia.


Tekst jest fragmentem publikacji "Dzienniki. Tom II. 1914?1915" autorstwa Michała Römera. reszta pod linkiem


[3]:

Stefan Zweig: Świat wczorajszy. Pierwsze chwile wojny 1914 roku

Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi. Jakiś żołnierz stał u progu, trochę jakby niezdecydowany. Wystraszyłem się: Rilke - Rainer Maria Rilke w mundurze wojskowym! Był wzruszająco nieporadny; uwierał go ciasny kołnierz, a gnębiła myśl, że będzie musiał salutować każdemu oficerowi i trzaskać przy tym obcasami - wspominał austriacki poeta Stefan Zweig.

Taka już jest natura ludzka, iż silne uczucia nie dadzą się przedłużać w nieskończoność ani u poszczególnej osoby, ani u całych narodów - wiedzą o tym organizacje militarne. Potrzebują więc sztucznych bodźców, ustawicznego dopingu, podniety - i tę służbę ustawicznego zagrzewania i podżegania mieli pełnić - w dobrej lub złej wierze, uczciwie czy tylko z fachową rutyną - intelektualiści, poeci, literaci i dziennikarze. Ich zadaniem było walić w bęben nienawiści - walili więc z taką siłą, że każdemu, kto był bezstronny, dzwoniło w uszach i zamierało serce. Prawie wszyscy oni w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Belgii szli na służbę "propagandy wojennej", przyczyniając się w ten sposób do masowego szaleństwa i masowej nienawiści - zamiast do zwalczania wojny.

Skutki były przerażające. W owych czasach, kiedy propaganda jeszcze nie została tak zużyta i wyświechtana w okresie pokojowym, ludzie wierzyli święcie, mimo tysiącznych rozczarowań, iż to, co wydrukowane, jest prawdziwe. Tak więc czysty, piękny, ofiarny entuzjazm pierwszych dni zaczął się stopniowo przeobrażać w orgię najgorszych, najgłupszych uczuć. Zwalczano Francję i Anglię w Wiedniu i w Berlinie, na Ringstrasse i na Friedrichstrasse, co było oczywiście najwygodniejsze. Ze sklepów usuwano francuskie i angielskie napisy, nawet klasztor "Zu den Englischen Fraulein" musiał zmienić nazwę, gdyż ta drażniła naród, który nie wiedział, iż englisch oznacza "anielski", a nie "angielski". Na kopertach poczciwi kupcy przyklejali nalepki lub przybijali pieczątki z napisem "Gott, strafe England!" ("Boże, ukarz Anglię!"), panie z towarzystwa przysięgały (i pisały o tym do gazet w listach od czytelników), że do końca życia nie powiedzą ani słowa po francusku. Szekspira wygnano ze scen niemieckich, Mozarta i Wagnera z francuskich i angielskich sal koncertowych. Niemieccy profesorowie oświadczali, że Dante był germańskiego pochodzenia, francuscy zaś, że Beethoven był Belgiem.

Rekwirowano dobra duchowe i kulturalne z nieprzyjacielskich krajów tak samo bezwzględnie jak zboże i rudę. Nie dość, iż dzień w dzień tysiące spokojnych obywateli zadawało sobie nawzajem śmierć na frontach - jeszcze i w głębi kraju oczerniano i spotwarzano wielkich zmarłych synów wrogiego narodu, leżących spokojnie od setek lat w swych grobach. Zamęt w umysłach dochodził do coraz większych absurdów. Kucharka, która nigdy nie wysadzała nosa poza swoje miasto i od czasu szkoły powszechnej nie otwierała atlasu, oświadczała, że Austria nie może żyć bez Sandżaku (małej mieściny pogranicznej gdzieś w Bośni). 

Dorożkarze kłócili się na ulicy, jakie reparacje wojenne: trzeba będzie nałożyć na Francję, pięćdziesiąt czy sto miliardów, chociaż żaden z nich nie wiedział, ile to jest miliard. Nie było miasta, nie było grupy nie opanowanych tą straszliwą histerią nienawiści. Duchowieństwo wygłaszało kazania ze stóp ołtarzy, socjaldemokraci, którzy jeszcze miesiąc temu piętnowali militaryzm jako największą zbrodnię, hałasowali chyba najgłośniej, żeby nie uchodzić, według określenia cesarza Wilhelma II, za "ludzi bez ojczyzny". Była to wojna nieuświadomionej generacji - i właśnie ta niezużyta wiara narodów w jednostronną sprawiedliwość stała się najgroźniejszym niebezpieczeństwem.

W ciągu pierwszych tygodni wojny 1914 roku coraz trudniej było o jakąś rozsądną rozmowę. Najspokojniejsi, najbardziej dobroduszni ludzie byli jakby pijani żądzą krwi. Moi przyjaciele, którzy podawali się zawsze za zdecydowanych indywidualistów, a nawet anarchistów duchowych, z dnia na dzień przemieniali się w fanatycznych patriotów, a z patriotów w nienasyconych aneksjonistów. Rozmowy kończyły się głupimi frazesami, jak na przykład: "Kto umie nienawidzić, ten nie umie prawdziwie kochać", lub ordynarnymi inwektywami. Koledzy, z którymi latami całymi nie miałem scysji, oskarżali mnie grubiańsko, że nie jestem już Austriakiem; powinienem przenieść do Francji czy Belgii. Co więcej, czynili nawet dyskretne aluzje, że o ludziach wyznających pogląd, iż wojna to zbrodnia, należałoby donosić władzom, gdyż "defetyści" - piękne to słówko zostało właśnie wynalezione we Francji - to najwięksi przestępcy wobec swej ojczyzny.

Pozostawało tylko jedno: wycofać się i milczeć, póki inni bredzą i szaleją. Nie przyszło mi to łatwo. Nawet na wygnaniu - o czym mogłem przekonać się do woli - nie jest tak źle, jak żyć samotnie we własnym kraju. W Wiedniu dawni moi przyjaciele odsunęli się ode mnie, a do szukania nowych czasy nie sprzyjały. Jedynie z Rilkem prowadziłem od czasu do czasu rozmowy świadczące o głębokim wzajemnym zrozumieniu. Udało się i jego ściągnąć do naszego znajdującego się na uboczu archiwum wojskowego, gdyż absolutnie nie nadawał się na żołnierza z tą swoją nadwrażliwością nerwów: brud, smród, hałas przyprawiały go dosłownie o fizyczne mdłości.

Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu, gdy przypominam sobie Rilkego w mundurze. Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi. Jakiś żołnierz stał u progu, trochę jakby niezdecydowany. Wystraszyłem się: Rilke - Rainer Maria Rilke w mundurze wojskowym! Był wzruszająco nieporadny; uwierał go ciasny kołnierz, a gnębiła myśl, że będzie musiał salutować każdemu oficerowi i trzaskać przy tym obcasami. Nie mogąc uwolnić się spod magicznego przymusu doskonałości we wszystkim, co czynił, starał się te nic nieznaczące formalności regulaminowe doprowadzić do perfekcji, co przyprawiało go o ustawiczne kłopoty.

"Tego munduru wojskowego nienawidzę jeszcze od czasów, kiedy byłem w szkole kadetów - mówił cichym głosem - Miałem nadzieję, że pozbędę się go raz na zawsze. A teraz znów, jeszcze raz, w czterdziestym roku życia...".

Na szczęście znalazły się pomocne dłonie, które go obroniły. Dzięki badaniu przez życzliwych lekarzy został zwolniony od służby. Raz jeszcze przyszedł pożegnać się - tym razem już po cywilnemu - rzekłbyś, sfrunął do mego pokoju, tak nieopisanie bezszelestne były jego kroki. Chciał mi podziękować, iż przy pomocy Romain Rollanda starałem się uratować jego skonfiskowaną bibliotekę. Po raz pierwszy zauważyłem, że nie wygląda młodo, tak jak gdyby wyczerpała go i znużyła ta groza wojny.

"Za granicę! - westchnął - Gdyby tak można było wyjechać za granicę! Wojna to więzienie".

Potem odszedł. I znów zostałem sam.

Po paru tygodniach przeniosłem się i ja za miasto, na wieś, postanowiwszy uciec przed tą masową psychozą i w pełni trwania wojny rozpocząć swoją własną, osobistą wojnę przeciwko zdradzie rozumu na rzecz powszechnego szaleństwa.

(tł. Maria Wisłowska)

Pierwotnie tekst ukazał się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w 1958 roku.



zapisz jako pdf
zapisz jako doc (MS Word)
drukuj

KOMENTARZE

Maj
Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
N
29
30
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
01
02