LOGOWANIE

NEWSLETTER

WYSZUKIWARKA

POEZJA 21.10.2022 10:38
Iwan Konstantinowicz Ajwazowski, Statek na wzburzonym morzu, 1858



Arthur Rimbaud: STATEK PIJANY



Gdy opuściłem wreszcie nieprzyjazne rzeki,

Wnet już nie czułem się we władzy holowników:

Na cel czerwonoskórzy wzięli ich zaciekli

I nagich przywiązali do słupów wśród krzyków.


Nic mnie nie obchodziły losy załóg wszystkich,

Zbóż flamandzkich nośnika, w angielskiej bawełnie.

Gdy ucichły już za mną ich wrzaski i piski,

Prowadziły mnie rzeki do ujścia, bezbłędnie.


Wśród skłębionych odmętów, pluszczących przypływów,

Ja, zeszłej zimy jeszcze, głupi i dziecinny,

Ach, jak ja gnałem! Zgiełku triumfalniejszych zrywów

Nie zaznały te brzegi, mój podbój dziękczynny.


Sztorm mi pobłogosławił, na wilka pasował,

Niż korek lżejszy nagle, tańczyłem na falach.

Wir, co w ludzkich ofiarach odwiecznie gustował,

Mną dziesięć nocy kręcił, nikły światła z dala!


Słodszy niźli dla dzieci smak kradzionych jabłek,

Solonej wody szmaragd zmył kadłub jodłowy,

Spłukując kwas po winie, rzygowin ślad, snadnie,

Plącząc haki i liny, takoż ster był z głowy. 


I odtąd się kąpałem w morskim poemacie,

Przetykanym gwiazdami lazurowym niebie,

Pochłaniającym zieleń, jak cytat w cytacie,

Zachwycającym sennie, topiącym sam siebie.


Gdy nagle, kłócąc błękit, bo w pijanym zwidzie,

I rytmy spowolniałe w pełnym świetle dziennym,

Silniejsza niż alkohol, w delirycznym zgryzie,

Odbija się zła miłość, gorycz, pąs płomienny!


Znam niebo pełne błysków i trąby powietrzne, 

Znam morze wieczorami, prądów kłębowiska,

Blade świty, jak stado gołębi na wietrze,

Widziałem to, co człowiek chętny widzieć z bliska.


Widziałem niskie słońce, pełne plam mistycznych,

Rozświetlające długie, sinawe przymrozki,

Jak aktorzy w tragediach pradawnych, antycznych,

Zaklinający grozę w popisach gwiazdorskich.


Śniłem zieloność nocy, ślepnąc w dzień od śniegów,

Pocałunek powoli spływa z mórz na oczy,

Co to za soki krążą od brzegów do brzegów,

Żółte, błękitne światło wstaje, niebem kroczy. 


Śledziłem miesiącami jak małe muszelki

Histerycznie wraz z falą rafy atakują,

Nie sądząc, że świetliste stopy Panny Świętej

Powolność oceanów pchną, interweniując.


Trafiłem na, uwierzcie, niezwykłe Florydy,

Pomieszanie tam kwiatów z oczami pantery

Z urodą skór u mężczyzn! Przedziwne hybrydy.

A tęcze rozciągnięte w strony świata cztery.


Widziałem wielkie bagna jak wrzą, fermentują, 

W sieciach wśród nich, gdzieś w trzcinach, cały gnił Lewiatan!

Wodospady, co raptem w ciszy wytryskują,

Katarakty przepastne, głębokie jak Tartar.


Lodowce, srebrne słońca i perliste fale,

Odrażające monstra, nieba rozżarzone! 

Gdzie gigantyczne węże żrą wielkie robale,

Poskręcane konary cuchną jak zwęglone!


Chciałbym pokazać dzieciom te złote dorady,

Niebieskich fal królowe, śpiewające ryby.

Kwietne piany znaczyły mych podróży ślady,

Niewyrażalne wiatry brały mnie w swe tryby.


Czasem, gdy, jak męczennik, opadłem bez siły,

Morze, cicho szlochając, sprawiało, żem wstawał,

Słało ku mnie przyssawki, co mnie unosiły,

Na co ja, jak kobieta, na kolanam padał.


Dla ptactwa byłem wyspą, przysiadały rojno,

Zanieczyszczały pokład, miały jasne oczy,

Ptasie spory nierzadko kończyły się wojną,

Czasem świeży topielec pod mą burtę zboczył.


A ja, łódź gubiona przez porosty, sole,

Miotana orkanami, szkodami za szkodą,

Nawet z pomocą Hanse ani Monitore

Nie wyłowiłoby się, mnie, pijanej wodą.


Ja, statek otulony fiołkowymi mgłami,

Wolny, płomienne niebo przebijałem sobą,

Przez wybitnych poetów sławiony wersami,

Z lazurami pod kilem, w słońcu srebrną głową.


Iskrzący się nocami od światła księżyca,

Niczym senne marzenie, szaleniec drewniany,

W dzień się zamorskim niebem palącym nasyca,

Chmarą koników morskich wciąż eskortowany.


Ja, który drżąc ze strachu, na mile słyszałem

Behemoty ryczące i wściekłe Malsztromy,

Wieczny tułacz odmętów, bezruchu wzywałem,

Tęskniąc za Europą, gdzie tkwią stare domy!


Miriady mgławic gwiezdnych, wysp archipelagi,

Nieboskłon, cudna magia, znajoma żeglarza:

- Gdy śpisz w bezdenne noce, i śnisz dzikie blagi,

Miliony złotych ptaków - fantazja malarza? -


Lecz to prawda, ja płaczę! Świt łamie mi serce,

Księżyc boleśnie zdradza, nie cieszą mnie zorze:

Gorycz w miejsce miłości, jak na twardej derce,

Niech mi grobem się stanie obojętne morze.


Jeżeli jakiej wody w Europie pragnę,

To nie głębiny zimnej, lecz płytkiej kałuży,

Gdzie papierowa łódka jak motylek wtargnie,

Bo do zabawy dziecku, gdy jest smutne, służy.


Nie chcę już pruć przez fale, moknąc w nich bezradnie,

Ni wspominać tragarzy bawełnianych bali,

Nie dla mnie dumne flagi, łopoczą bezładnie,

Tęsknota mnie wykańcza, brak oparcia pali.



(tł. Ela Binswanger)



*


Oryginał i tłumaczenie Zenona Przesmyckiego "Miriama" (tł. w przypisie 3) 




Tłumaczenie Macieja Chrabkiewicza (przypis 4)



Przypisy:
[1]: "Hanse ani Monitore", niemieckie marki jachtów
[2]:
"Statek pijany"

Pod koniec roku 1871 światło dzienne ujrzał ostatni, a zarazem najbardziej znany z wierszy regularnych Rimbauda, liczący 100 wersów poemat narracyjny "Statek pijany" ("Le Bateau ivre"). 

Choć utwór ten - zdaniem wielu krytyków - "nie jest dokładnie rzecz biorąc poezją" [krytycy zawsze coś wymyślą ;) ], autor długo i starannie cyzelował jego formę tak, aby przypadła do gustu zwolennikom Parnasu. 

Mimo to końcową część poematu organizuje stopniowa destrukcja logiki wydarzeń na rzecz chaotycznego następstwa coraz to bardziej abstrakcyjnych obrazów, co kieruje wiersz w stronę "poetyki czystego zapisu" [W 1874 Rimbaud, w wieku 20 lat, napisał "Illuminations" ("Iluminacje"), wizjonerskie poematy napisane wierszem wolnym, pierwsze takie w poezji francuskiej.]

"Statek pijany", zawierający sporo ukrytych wątków autobiograficznych, był dla samego Rimbauda swoistym testamentem [hm, w wieku lat 17?], w którym autor żegnał się z Europą i - zebrawszy odpowiedni plon doświadczeń potrzebnych do roli "jasnowidza" - przeczuwał swoją rychłą śmierć dla świata [dopiero za 20 lat!].

Wiersz rozpoczyna symboliczna scena odpłynięcia tytułowego statku w "ujścia stronę", która oznacza nieograniczoną wolność człowieka oraz jego dążenie do coraz większej świadomości, intuitio mystica ("rozprężenie wszystkich zmysłów").

Początkowo podróż wiedzie przez aury piękna i fantazji; im głębiej jednak kapitan kieruje swój statek w Ocean - tym bardziej niezrozumiałe i przerażające spotykają go wizje. 

W końcu, zrezygnowany i przesiąknięty bólem, pragnie wyrzec się wielkich porywów ducha na rzecz powrotu do dzieciństwa ("Dziecina pełna smutków, kucnąwszy nad bagnem, puszcza statki wątlejsze od pierwszych motyli", tł. "Miriam"). 

Przemiany świadomości podmiotu lirycznego w "Statku pijanym" w kilka lat później znalazły przełożenie w filozofii Friedricha Nietzschego: "Jak duch stał się wielbłądem, wielbłąd lwem, a wreszcie lew dzieckiem" (tł. Sława Lisiecka i Zdzisław Jaskóła).

(Wiki, [ebs])

[3]:
Arthur Rimbaud: STATEK PIJANY
(tł. Zenon Przesmycki "Miriam")

Prądem Rzek obojętnych niesion w ujścia stronę,
Czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników;
Dla strzał swych za cel wzięły ich Skóry Czerwone
I nagich do pstrych słupów przybiły wśród krzyków.

Nie dbałem o załogi po wszystkie me czasy,
Ja, dźwigacz zbóż flamandzkich, angielskiej bawełny.
Gdy się z holownikami skończyły hałasy,
Gdzie chciałem, ponosiły mię rzek spienione wełny.

Pośród wściekłych kołysań przypływów, odpływów,
Ja, przeszłej zimy głuchszy nad mózgi dziecinne,
Biegłem! Tryumfalniejszych nie zaznały dziwów
Półwyspy wzięte lądom przez bezdroża płynne.

Zbudzenie me na morzu święcił wir powietrzny.
Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali,
W której ludzie kołowrót widzą ofiar wieczny,
Nie tęskniąc do mdłych latarń znikłych gdzieś w oddali.

Słodsza niż ustom dzieci miazga jabłek kwaśnych,
Wód zieleń w mą sosnową wdarła się łupinę,
Uniosła ster, kotwicę, stosy lin zapaśnych
I zmyła kały wstrętne i win plamy sine.

I odtąd kąpałem się w wielkiej pieśni morza,
Przesyconej gwiazdami, śpiewnej jak muzyka,
Pożegnałem toń modrą, gdzie pośród bezdroża
Zadumany topielec niekiedy przemyka.

Gdzie barwiąc nagle szafir - pijanymi wiry
Albo rytmem powolnym, pod słońc płomienie -
Mocniejsze nad alkohol, olbrzymsze nad liry,
Fermentują miłości żółciowe czerwienie.

Znam nieba pękające w gromy i wichrzyce,
Nawroty wściekłe wałów, prądy, znam wieczory,
Znam jutrzenki srebrzyste jak gołębice,
Widziałem to, co człowiek widzieć zawsze skory.

Widziałem słońce nisko w plamach gróz mistycznych,
Jak słało długie, zimne fioletów martwice,
Podobne do aktorów w dramach praantycznych,
Na fale w dal toczące swych drgań tajemnice.

Marzyłem noc zieloną śród śniegów olśnienia,
Całunki na mórz oczy kładnące się wolno,
Żółtomodre fosforów śpiewnych przebudzenia
I niesłychaną skoków pogoń dookolną.

Miesiące całe z falą, równą histerycznym
Oborom, szturmowałem ku raf skalnych ścianom,
Nie śniąc, że stopy Maryj na sierpie księżycznym
Mogą łeb dychawicznym zetrzeć oceanom.

Potrącałem, czy wiecie? Florydy bajeczne
Z chaosem ócz panterzych i kwiatów urody
Ludzkiej i tęcz, wiodących jak cugle powietrzne
Pod mórz widnokręgami lazurowe trzody.

Widziałem wrące bagnisk olbrzymich fermenty,
Sieci, gdzie wśród trzcin gniją całe Lewiatany,
Zapadania wód z nagła śród ciszy zaklętej,
Katarakty oddalań ku bezdni nieznanej.

Lodowce, słońca srebrne, opal fal, nieb żary,
Przeokropne mielizny w zatok ciemnych toni,
Gdzie żarte przez robactwo olbrzymie wężary
Pieszczą drzewa skręcone jadem czarnych woni.

Chciałbym dzieciom pokazać te dorady, gwiazdy
Fal modrych, ryby złote, ryby śpiewające...
Piany kwietne świeciły mi z golfów odjazdy,
Niewysłowionych wichrów skrzydliły mnie gońce.

Czasem gdy mnie znudziły bieguny, zwrotnik,
Morze, słodko mię łkaniem kołysząc omdlałym,
Wznosiło ku mnie ssawki flory mroków dzikiej,
I - jak kobieta w modłach - wraz nieruchomiałem;

Jak wysepka gościłem ptaków roje gwarne,
Swarliwe i niechlujne, o źrenicy płowej,
I żeglowałem dalej, gdy me więzy marne
Zerwał na sen zstępując w głąb, topielec nowy.

Otóż ja, łódź ginąca w golfach pod ziół brodą,
Miotana przez orkany w eteru przestwory,
Ja, którego kadłuba pijanego wodą,
Nie wyłowią żaglowce Hanz ni Monitory,

Wolny, rzeźwy, dymiący, odzian w mgły dziewicze,
Ja, com zachodów mury dziurawił płomienne,
W których dla dobrych piewców przednie są słodycze:
Mchy słoneczne i strzępy lazurów bezcenne;

Ja, co biegałem w płomykach elektrycznych cały,
Szczątek płochy, śród morskich rumaków eskorty,
Gdy skwarne lipce maczug ciosami strącały
Ultramaryny niebios we wrzące retorty;

Ja, co drżałem, o sto mil czując bekowiska
Behemotów i wściekłe Maelstromów ukropy,
Pielgrzym wieczny błękitów cichych rozlewiska,
Ja tęsknię do wybrzeży odwiecznych Europy.

Archipelagi gwiezdne widziałem! Wysp roje,
Gdzie żeglarzom otwarte niebo szalejące.
- W tychże to nocach bez dna ukrywasz sny swoje,
Milionie złotych ptaków, przyszłej Mocy słońce?

Lecz zbyt wiele płakałem! Jutrznie są bolesne,
Srogie - wszystkie księżyce, gorzkie - wszystkie zorze.
Cierpka miłość mi dała zdrętwienie przedwczesne.
O, niechaj dno me pęknie! Niech pójdę pod morze !

Jeżeli jakiej wody tam w Europie pragnę,
To błotnistej kałuży, gdzie w zmrokowej chwili
Dziecina pełna smutku, kucnąwszy nad bagnem,
Puszcza statki wątlejsze od pierwszych motyli.

Skąpanemu, o fale, w waszej omdlałości,
Nie ubiec już dźwigaczy bawełnianych plonów,
Nie mknąc w pysze sztandarów i ogni świętości!
Nie pruć wód pod oczami strasznymi pontonów.

[4]:
Arthur Rimbaud: STATEK PIJANY
(tł. Maciej Chrapkiewicz)

Nurtem rzek obojętnych płynąc w ujścia stronę,
Nie czułem już nad sobą władzy holowników:
Do pstrych słupów przybiły ich Skóry Czerwone
I obnażonych wzięły na cel wśród okrzyków.                 

Nie dbałem o załogę, ładunek i trasy,
Ja - tragarz zbóż flamandzkich, angielskiej tkaniny.
Gdy się z holownikami skończyły hałasy,
Kazałem rzekom nieść się nad morskie głębiny.

Do wściekłego chlupotu przypływów, odpływów,
Ostatniej zimy, głuchszy od mózgów dziecięcych,
Biegłem! Z odcumowanych przybrzeżnych masywów
Żaden nie widział większych triumfów fal tysięcy.

W błogosławieństwie burz na morzu się ocknąłem
Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali
Którą zowią odwiecznym ludzkich ofiar kołem,
I nie dbałem, czy głupia latarnia się pali!

Słodsza niż miazga cierpkich jabłek dla dzieci,
Zielona woda weszła w jodłową łupinę,
Niebieskie plamy wina, wymioty i sieci
Zmyła, ster i kotwicę unosząc w głębinę.

Odtąd mnie obmywały Morza poematy,
Nasyconego w gwiazdy, mlecznie spienionego,
Pożerałem lazury, gdzie szczątki fregaty
Wabią czasem topielca rozmyślającego.

Gdzie nagle barwią szafir zwidów mętne wiry
I rytmy wolno pełzną pod słońca promienie,
Mocniejsze niż alkohol i większe nad liry,
Fermentują gorzkie miłości czerwienie!

Znam niebo rozdzierane ostrzem błyskawicy,
Wiry powietrzne, prądów nurt, fale kipieli
Świt nad tym wzlatujący lotem gołębicy,
Widziałem to, co ludzie widzieć pragnęli!

Widziałem słońce nisko, w plamach zgróz mistycznych,
Oświetlające fioletu długimi skrzepami,
Podobne do aktorów w sztukach praantycznych,
Fale kryjące drżenia swe za zasłonami!

Marzyłem noc zieloną, wokół śniegów lśnienie,
Na oczy mórz wschodzące pocałunki rzewne,
Soków niesamowite, miarowe krążenie,
Żółtosinych fosforów przebudzenia śpiewne!

Miesiącami śledziłem podobną do krowy
Nerwowej, martwą falę bijącą o skały,
Nie marząc, że stóp Marii poblask księżycowy
Może łeb Oceanom zetrzeć zadyszałym!

Potrącałem, czy wiecie?- Florydy nietknięte,
Gdzie mieszają się kwiaty z lampartów oczami
Na ludzkiej skórze. Tęcze kierują napięte,
Pod horyzontem morza, modrymi trzodami!

Widziałem wielkie bagna, sieci w wód zastoju,
Gdzie cielsko Lewiatana pośród trzcin osiadło,
Zapadanie się wody w momentach spokoju,
Odległość od otchłanii w katarakty padłą!

Lodowce, srebrne słońca, blask fali perłowej,
Ohydne wraki na dnie brunatnej zatoki,
Gdzie żarte przez robactwo węże kolorowe
Spadają z drzew ugiętych od czarnej posoki.

Chciałbym dzieciom pokazać kiedyś te dorady
Fal modrych, ryby złote, ryby śpiewające.
Kwietna piana huśtała mego dryfu ślady,
Uskrzydlały mnie czasem wiatry sprzyjające.

Gdy zmęczyłem się stref i biegunów zmianami,
Me kołysanie morze koiło płaczące,
Kwiaty cienia mi niosło z żółtymi ssawkami
I przyjmowałem je jak kobiety klęczące...

Jak wyspa na swych brzegach gościłem odchody
I kłótnie ptaków gwarnych o jasnych źrenicach
I żeglowałem, gdy przez me więzy do wody
Na odpoczynek nowa zeszła topielica...

Otóż ja, wepchnięty pod zatok szczecinę,         
Miotany przez huragan w etery bez ptaków,
Ja, w którego pijaną od wody łupinę
Nie wejdzie Monitora moc i Hanzy haków;

Wolny, dymiący, strojny w opary fioletów,
Ja, co przebiłem nieba czerwonego mury,
Które kryje słodycze dla dobrych poetów,
Niesie światła liszaje i w skrzepach lazury,

Ja, co w skrach elektrycznych biegłem oszalały,
Koników morskich czarne prowadząc zastępy,
Kiedy lipce ciosami swych kijów strącały
Ultramaryny niebios w ogniste rozstępy; 

Ja, co drżałem słyszawszy o sto mil odległy
Ryk Behemotów w rui i wielkich Maelstromów,
Niebieskiego bezruchu przędziwa tkacz biegły,
Ja tęsknię dziś do starych europejskich domów!
    
Archipelagi gwiezdne widziałem i kraje,
Których nieba są zawsze otwarte dla gości:
- Czy w bezdennych śpią nocach twe wygnane zgraje
Milionie złotych ptaków, o siło przyszłości?

Lecz za dużo płakałem, smutne są jutrzenki,
Okrutny każdy księżyc, w gorzkim słońcu płonę:
Cierpka miłość mi tchnęła bierności udręki.
O, niechaj kil mój pęknie! Niech w morzu zatonę!

Jeśli chcę jakiej wody w Europie, to chłodnej
Czarnej kałuży leśnej, gdzie pełne prostoty
I smutku dziecko schyla się nocy pogodnej
I puszcza łódkę kruchą jak majowy motyl.

Skąpany w waszej tęsknocie nie mogę, o fale,
Doścignąć już tragarzy bawełnianych plonów,
Ani kroczyć w płomieniach, w chorągwianej chwale,
Ani płynąć pod strasznym spojrzeniem pontonów.


zapisz jako pdf
zapisz jako doc (MS Word)
drukuj

KOMENTARZE

Luty
Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
N
29
30
31
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
01
02
03