LOGOWANIE

NEWSLETTER

WYSZUKIWARKA

POEZJA 04.05.2020 15:49
zdj. pixabay.com
 


Pracowałem kiedyś w drozdowni i nie chwaląc się, 

niezłe drozdy wtedy robiliśmy. 

Zarząd nie żałował jeszcze kasy na upierzenie, 

a każdy drozd, zanim opuścił drozdownię,

był dokładnie testowany, 

nawet w dupki drozdom laborantka Dorotka zaglądała,

czy czasem nieba na wylot nie widać.


Najlepiej można było zarobić na produkcji 

drozda kwiczoła przeznaczonej na zagajniki 

i łęgi śródpolne, i do tych kwiczołów 

to żeśmy się naprawdę z chłopakami przykładali. 

Niektóre na zimę nawet nie odlatywały, 

jeśli obsadziło się im teren rokitnikiem, 

głogiem, czy jabłka niezerwane w sadzie 

tu i ówdzie zostawiło. 


Gorzej już było z drozdem śpiewakiem - 

tu mogłeś się człowieku jak głupi natyrać, 

a potem okazywało się, że laborantka Dorotka 

całą partię zwracała, bo niby a to jeden za nisko śpiewa, 

to znowu drugi za wysoko. 

Rzadko udawało się za pierwszym razem 

zrobić drozda, który by śpiewał akurat 

i do tego jeszcze jak prawdziwy drozd. 

Wadliwe musieliśmy z pierza skubać, 

ugniatać na nowo w dupkę co rusz zaglądając, 

czy nieba za bardzo na wylot nie widać 

i drżeć pod koniec miesiąca, 

żeby laborantka Dorotka znów jakieś skazy 

na ptakach nie znalazła. 



Ale babsko wyjątkowo upierdliwe było, aż w złości 

żeśmy jej kiedyś bociana 

raz dwa na nocnej zmianie wystrugali 

i między gotowe już drozdy do gniazda podłożyli. 


Przychodzi Dorotka, patrzy na bociana i spokojnie, 

jakby nic mówi: 

- Pomóżcie no chłopcy, podnieść mi tego drozda 

do góry, bo ciężki jakiś a sprawdzić trzeba, 

czy i nieba na dodatek nie będzie widać? 

Podskoczył ten i ów zaraz i podniesiono bociana 

wysoko, aż dziobem o sufit drozdowni wyrżnął, 

a Dorotka tak się przez niego w gwiazdy zapatrzyła, 

że bachora na wiosnę jej przyniósł. 


Nastało kilka miesięcy spokoju, bo odtąd bardziej 

zajęta była badaniami, którego to sprawka

ten bocian, niźli produkcją samego drozda. 

W końcu złazi któregoś dnia z laboratorium 

na dział drozda obrożnego, a każdy od razu 

piwo chowa i za młotek łapiąc oklepuje 

głośno swojego ptaka, że niby taki zapracowany. 


Ale ona tylko stanęła przy mnie i gapi mi się na ręce.

Z nerwów łebek ukręciłem prawie gotowemu drozdowi obrożnemu, 

ale Dorotka tylko postała przy mnie 

wymownie dobrą godzinę, przez cały czas nic nie mówiąc.

Wreszcie wystękała, niby do siebie: 


- No tak... coś trzeba będzie teraz z tym zrobić...


Zakręciła się na pięcie i wyszła. Chłopaki otoczyli mnie zaraz 

i z przejęciem wołali jeden przez drugiego, 

że koniec z tobą bracie, przesrane masz 

przez tego bociana i na drozdach 

to ty już sobie nie zarobisz!


Nic nie odrzekłem, tylko fartuch zdarłem 

z siebie nawet guzików nie rozpinając,

rzuciłem o posadzkę drozda obrożnego bez łebka, 

aż huknęło serduszko jego maleńkie 

i wybiegłem z drozdowni. 


Nigdy już tam nie wróciłem, 

nawet żeby rozliczyć się, 

nawet po drozda na odchodne,

co to go każdy dostawał od zarządu, 

jeśli przepracował co najmniej 5 lat. 

Słyszałem potem, że drozdownia 

zaczęła podupadać, coraz mniej drozdów 

schodzi z produkcji i coraz słabsze są - 


świstają nurkując, jakbyś mokrym styropianem 

o szybę tarł w te i wewte, 

aż ludziom zęby zgrzytają ze złości na te drozdy ostatnie.


*



zapisz jako pdf
zapisz jako doc (MS Word)
drukuj

KOMENTARZE

Maj
Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
N
27
28
29
30
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31