LOGOWANIE

NEWSLETTER

WYSZUKIWARKA

SPOŁECZEŃSTWO 25.12.2018 12:42
mój pies Amos†. fot. ebs, w sierpniu 2008
W takich szkolnych ławkach jeszcze siedziałam, tu już jako rekwizyty na ul. Brackiej w Krakowie.

"Nawet mądrzy nauczyciele muszą w końcu zgłupieć pod wpływem dzieci." 

(Agnieszka Osiecka ironicznie w opowiadanku "Retro")


Nie jestem ani pedagogiem, ani teoretykiem dydaktyki. Ale jestem byłym uczniem (byłą uczennicą). Mogę więc z punktu widzenia ucznia poteoretyzować o niepowodzeniach w szkole. Tym bardziej, że w praktyce zaliczyłam niejedno. Na pytanie "skąd się biorą niepowodzenia w szkole?" mam uniwersalną odpowiedź: z niemożności pogodzenia teorii z praktyką. Bowiem teoretycznie nawet jeśli nie wszystko, wiadomo już bardzo wiele. A jednak w praktyce szkoła jakże często zawodzi. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić współczesne społeczeństwo bez szkół, nawet jeśli gdzieś w świecie są jeszcze takie społeczeństwa, które o zakładanie szkół muszą walczyć i ciągle jeszcze są też w niektórych krajach spore różnice w szkoleniu chłopców i dziewcząt (na niekorzyść dziewcząt, rozumie się).


Omawianie tematu niepowodzeń szkolnych chcę zacząć od następującej informacji: "W latach 1950-1965 do instytucji edukacyjnych na całym świecie przyjęto mniej więcej tyle samo uczniów co podczas ostatniego tysiąclecia". Jednym słowem coś, co przez wieki było ekskluzywne, w naszych czasach stało się masowe. Nic dziwnego, że już na początku lat 50. socjologowie amerykańscy uznali, że szkolnictwo, to nie jest ludzki, w sensie relacji "nauczyciel - uczeń", system przekazywania młodemu pokoleniu wiedzy, ale gałąź przemysłowa. Dodajmy, gałąź przemysłowa, która ma za zadanie, jak każda inna, przynieść zyski. Szkoły to zakłady produkcji. Absolwenci szkół to towar z metkami i cenami. Industrializacja i kapitalizacja przekazywania wiedzy powinna się opłacić, w przeciwnym razie, zgodnie z zasadami ekonomii, powinna być zlikwidowana. 


A że szkół się oczywiście zlikwidować nie da, bo na taki regres żadne cywilizowane społeczeństwo pozwolić sobie nie może, trzeba szkoły utrzymywać z pieniędzy podatnika, bo na dobrą sprawę to inwestycja co najmniej niepewna. Rzeczywistość wygląda więc następująco: dostęp do szkół elitarnych jest nadal ekskluzywny, zaś szkoły powszechnie dostępne dla wszystkich (żeby nie rzec "dla pospólstwa") nie mogą aspirować do poziomu szkół elitarnych, bo niby jak? Zawód nauczyciela, zwłaszcza nauczyciela szkół podstawowych i średnich, nie jest dziś, nad czym ubolewam, zawodem dobrze płatnym, nie niesie za sobą społecznego prestiżu, stąd naturalną koleją rzeczy odbywa się selekcja negatywna, a tak zwany "nauczyciel z prawdziwego zdarzenia" to postać bardziej z baśni Andersena, niż z życia.


Stąd moja wstępna teza, że akurat w szkolnictwie nie sposób pogodzić teorii z praktyką. W teorii bowiem przekazywanie wiedzy pokoleniu po nas następującemu powinno być wagi najwyższej, bo chodzi o wszystko, o jakość życia naszej progenitury, o rozwój nauk, o przyszłość naszej planety. A jest wagi jeśli nie najniższej, to, delikatnie rzecz ujmując, nie najwyższej, bo korzyść jest zbyt odległa i zbyt mglista, a korzyści doraźnych żadnych, same wydatki i kłopoty. Poza tym nikt i tak nie wie, jakie zawody będą potrzebne w przyszłości. Jak pomyślę, że w latach 60./70. gdy ja chodziłam do szkoły, takie zawody jak, na rybkę, designer telefonów komórkowych, administrator portalu społecznościowego, technik od manipulacji genetycznych, czy choćby lekarz medycyny estetycznej, to nawet nie było science fiction, a abstrakcja, to cóż my wiemy, jakich zawodów będzie potrzebować przyszłość? Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak skupić się na teraźniejszości.


Jeszcze do niedawna było tak, że zawód z jego tajnikami mógł być przekazywany przez ojca synom nawet przez kilka pokoleń, a teraz jest tak, że w ciągu jednego życia trzeba mieć kilka zawodów... To o czym tu mówić? Rodzice nie są w stanie nadążyć za dziećmi, dorosłe dzieci nie są w stanie opowiedzieć rodzicom, jak właściwie wygląda ich praca. Jedyna stała w czasach obecnych to zmiana, nieustająca zmiana, nawet pisarze SF nie są już tak pewni swego, jak kiedyś. Szkoły powinny więc uczyć młodych ludzi nie tylko wykonywania kilku zawodów, ale nastawienia się na to, że wszystkie, których się akurat nauczyli, nie przydadzą się na nic, bo nie ma na nie zapotrzebowania, albo w ogóle wypadły z obiegu. Niepowodzeniem mojej szkoły - jeśli w ogóle mogę robić moim szkołom jakieś zarzuty z obecnej perspektywy czasu - jest to, że upierała się przy trwałości obranego kierunku. 


Gdybym w jakiejś przyszłościowej wizji oznajmiła wtedy na lekcji geografii, że nie będę się uczyć na pamięć "prawych dopływów Wisły", bo i tak zaraz zapomnę, a jeszcze chwila i będę miała w kieszeni urządzonko, w którym będę sobie mogła w kilka sekund znaleźć wszystkie prawe i lewe dopływy wszystkich rzek świata, uznano by mnie za arogantkę i wariatkę. Zresztą nieraz uznawano. Zwłaszcza moja nauczycielka historii nie ustawała w gnębieniu mnie pałami (dla młodszych czytelników: pała to dwója, najgorsza wtedy ocena), bo nie znajdowałam przyjemności w uczeniu się czytanek bez rozbudzenia w sobie ciekawości dziejów przeszłych. "Siadaj, pała, siadaj, pała...", męłłam w głowie jej słowa i odpowiadałam mściwie w myślach "ja pani profesor też stawiam pałę, jak stąd do nieba, jak maczuga Herkulesa pod Ojcowem!", bo jak można coś, co jest tak ciekawe, jak historia, serwować uczniom w formie niestrawnego zakalca?


Tu mam więc postulat pierwszy: cokolwiek by to nie było, geografia, historia, chemia, matematyka, rysunek, muzyka, musi to być przekazywane tak ciekawie, żeby rozbudzić zainteresowanie słuchajacych. Pierwszym niepowodzeniem szkoły jest zabicie w uczniach ciekawości. Jeśli chodzi o mnie, nie udało się to do końca, bo ciekawość miałam już rozbudzoną w domu, ale nie daj Boże, udałoby się! Nie wyobrażam sobie swojego życia bez ciekawości czy to historii, czy matematyki... Filozof Karl Popper (1902-1994) zanotował kiedyś: "Gdy myślałem o przyszłości, marzyłem, że któregoś dnia założę taką szkołę, w której uczniowie ucząc się nie będą się nudzić, będą z ciekawości pochylać się nad problemami i przedyskutowywać je żywo; szkołę, w której nie będą przymuszani do słuchania nieistotnych odpowiedzi na niepostawione pytania; w której nie po to będą się uczyć, żeby zaliczać egzaminy, ale żeby się czegoś nauczyć".

 

Przekazywanie suchych faktów zazwyczaj wywołuje u słuchaczy senność, a młody człowiek jest przecież pełen ciekawości życia, rozpierającej go energii, jest chłonny na wiedzę, jednak w jakiś sposób musi go ta wiedza dotyczyć, dotyczyć spraw i problemów na jego poziomie rozwoju. I tu mam postulat drugi: wspólnym mianownikiem dobierania grup do nauki nie powinna być data urodzin, a zakres zainteresowań. Klasy złożone z ludzi w tym samym wieku to jest tak naprawdę karykaturalne (podobnie zresztą jak grupy seniorów znowu, jak w szkołach, klasyfikowanych wedle wieku, czyż na samą myśl nie robi się przykro?). Klasa powinna się składać z ludzi o podobnych zainteresowaniach. Nie wiem, jak kompletować takie klasy, zwłaszcza jeśli nie są to małe grupki, ale z pewnością jest to możliwe.


Jeśli chodzi o mnie, w swoim życiu przerabiałam kilka możliwych klasyfikacji: w szkole podstawowej do klasy szóstej włącznie tylko dziewczynki w jednym wieku (ciekawe doświadczenie). W klasie siódmej i ósmej dziewczynki i chłopcy w jednym wieku (jeszcze ciekawsze). W liceum znalazłam się w tak zwanej klasie eksperymentalnej matematyczno-fizycznej z poszerzonym rosyjskim. Koedukacyjnej oczywiście (chyba innych już wtedy nie było?). Wspólnym mianownikiem było to, że przyjęto nas bez egzaminów - warunkiem były świadectwa z ostatnich dwóch lat szkoły podstawowej wyłącznie z ocenami bardzo dobrymi. 


Spełniałam wprawdzie ten warunek, mimo to liceum było dla mnie katorgą. A to z tego powodu, że uczyłam się tylko z musu, praktycznie żaden przedmiot nie wydawał mi się ciekawy, nie mówiąc, ekscytujący. Tym bardziej ekscytujące było moje życie pozaszkolne, książki, filmy i - coraz częściej - teatr. Wobec szkoły wypełniałam więc - coraz bardziej niechętnie - ciężki obowiązek. A na życie pozaszkolne radośnie choć ze strachem na ramieniu organizowałam sobie czas kosztem czasu szkolnego, innymi słowy wagarowałam aż miło. Mama obliczyla mi kiedyś, już dużo później, więc w charakterze anegdotycznym, że na cztery lata przewagarowałam równy rok. Upiekło mi się o tyle, że w czasie wagarów nie rozrabiałam. No i w gruncie rzeczy edukowałam się, tyle że program miałam swój własny, wedle własnych zapotrzebowań, w dosłownym tego słowa znaczeniu, indywidualny.


Po czym los ułożył mi się tak zabawnie, że po polskiej maturze zrobiłam jeszcze raz szkołę średnią w Szwajcarii i zdałam maturę szwajcarską. Najpierw oczywiście w przyśpieszonym tempie musiałam przyswoić sobie język niemiecki. W tej szkole i tej klasie wspólnym mianownikiem była motywacja uczniów. Była to (prywatna) szkoła dla dorosłych chcących nadrobić maturę. Dodam, że maturę w Szwajcarii robi się po to, by studiować. Sama goła matura (jak to jest często w Polsce) niczego nie daje (oprócz satysfakcji), do niczego nie upoważnia (oprócz studiów), matura to nie zawód. Chciałam studiować, więc nie miałam wyjścia. Przy okazji bardzo mi się przydała moja polska edukacja i to zarówno ta oficjalna, jak i ta prywatna, niejako nielegalna (jako że byłam oczytana i dość dobrze zorientowana w dokonaniach filmowych i teatralnych w świecie). Miałam też postulowane zróżnicowanie wiekowe, choć niewielkie, wszyscy byliśmy młodzi. Przy okazji dodam, że w szwajcarskich szkołach wyższych nie ma ograniczeń wiekowych. Zapisać się i studiować może każdy, o ile ma zaliczoną szkołę średnią, lub jako wolny słuchacz, jeśli nie ma matury (a ma czas i pieniądze). 


Tu mój kolejny postulat, żeby nie było niepowodzeń: ktoś, dom, szkoła, starszy partner (jak to było w moim przypadku), powinien młodego człowieka nauczyć, jak się uczyć, żeby się nauczyć. Ja się tego na dobrą sprawę nauczyłam dopiero w Szwajcarii (mój mąż był nauczycielem języków obcych w tej szkole, do której poszłam, tu podkreślę, że nadałby się do baśni Andersena, był urodzonym nauczycielem, nie żyje już, a legendy o nim nadal wśród jego byłych uczniów żyją, wiem, bo czasai wracają i do mnie). Dopiero wtedy poznałam smak prawdziwego zadowolenia z uczenia się. Ba, do tego stopnia rozsmakowałam się w uczeniu się, że zostało mi to do dziś. Przyjemność w uczeniu się ma się wtedy, gdy można ponawiać próby podejścia do zagadnienia ze świadomością, że można się mylić, nawet wielokrotnie mylić, i nikt nam nie stawia za to dwój. Pamiętamy pięć tysięcy nieudanych prób skonstruowania żarówki przez Edisona? Za pięć tysięcy pierwszym razem udało się! (jak chce anegdota). 


Tu potrzebny jest też czas na zaangażowanie się w to, co się robi. Żeby osiągnąć przyjemny stan flow (przepływ: stan między satysfakcją a euforią, wywołany całkowitym oddaniem się jakiejś czynności), trzeba wiedzieć, że nikt i nic nie przerwie nam tego, czemu się akurat oddajemy. Stan ten szczęśliwie znałam już z oddawania się czytaniu, więc nie było trudno przełożyć go na naukę. W szkole czas jest poszatkowany, przedmioty zmieniają się jak w kalejdoskopie, ledwie się człowiek na jednym skupi, już coś innego, trudno doprawdy o stan flow, ale można to uczniom uświadomić w ramach nauczania, jak się uczyć. Można dziecku pozwolić robić coś wielokrotnie, z pasją, i nie przerywać, bo kolacja, bo mycie, bo spanie, bo inne duperele... 


Niemiecki filozof Richard David Precht (rocznik 1964) w książce z roku 2013 pt. "Anna, die Schule und der liebe Gott. Der Verrat des Bildungssystems an unseren Kindern" ("Anna, szkoła i dobry Bóg. Zdrada naszego systemu edukacyjnego wobec naszych dzieci", niestety, nieprzetłumaczona na polski) rozprawia się radykalnie z obowiązującym szkolnictwem, jak sam podtytuł już mówi. W XIX wieku, gdy era przemysłowa wymusiła powstanie nowoczesnego szkolnictwa, władcom potrzebni byli na czas pokoju akuratni urzędnicy, na czas wojny karni żołnierze. Szkoły urządzono na wzór koszar. "Myślący żołnierz" to oksymoron. Dobry żołnierz nie myśli. Szkoły nie miały uczyć myślenia, a dyscypliny. Żyjemy już jednak coraz głębiej w erze informatycznej, "uprzemysłowienie szkolnictwa" to przeszłość, teraz obowiązuje  system zero-jedynkowy, albo się nadasz, albo odpadasz. 


Brzmi okrutnie, ale nie jest tak źle jak wygląda. Teraz naprawdę można sobie ułożyć swój własny indywidualny program szkołę traktując jako wskaźnik, wsparcie, kontrolę i urząd wydający certyfikaty, dokumenty potrzebne do dossier. Liczy się wszechstronność wykształcenia i elastyczność. Przy coraz powszechniejszym przejmowaniu prac mechanicznych przez coraz bardziej doskonałe automaty, coraz bardziej liczą się kompetencje ludzkie. Nie wszyscy mogą kończyć elitarne szkoły, te nadal są elitarne, ale wszyscy mogą rozwijać swój potencjał, nawet osoby pod jakimś względem niepełnosprawne mają swoje szanse (jeszcze do niedawna naprawdę tak nie było). Poza tym obok zdobywania wiedzy fachowej potrzebnej do wykonywania zawodów można rozwijać różne umiejętności: społeczne, komunikacyjne, kooperatywne, rozwiązywania konfliktów, konkurencyjności, samoświadomości, innowacyjności, kreatywności itd. itp. 


Izraelski historyk Yuval Noah Harari (rocznik 1976), autor głośnych tytułów "Sapiens: od zwierząt do bogów" i "Homo Deus. Krótka historia jutra" w swojej ostatniej książce "21 lekcji na XXI wiek" (2018) pisze: "Mówiąc najogólniej szkoły powinny teraz uczyć umiejętności uniwersalnych. Najważniejsza będzie zdolność do radzenia sobie z nieustannymi zmianami, uczenia się nowego i zachowania duchowej równowagi w nieznanych sytuacjach. Jeśli chcemy dotrzymać kroku światu w roku 2050, musimy tworzyć nie tylko nowe idee i nowe produkty ale samych siebie stwarzać ciągle od nowa". Ja w tych odległych czasach żyć już pewnie nie będę, a jeśli, to resztką sił, ale dzisiejsza młodzież i dzieci będą dorosłymi ludźmi w świecie dla nas dziś niewyobrażalnym. Oby dali radę. Oby to "zgłupienie mądrych nauczycieli pod wpływem dzieci" znaczyło, że nauczyciele pożegnają się ze starymi metodami i zobaczą w dzisiejszych dzieciach ludzi przyszłości, którym warto dać rozwinąć skrzydła.


*

*        *


Tekst dla pisma "EDUKACJA I DIALOG", *tłumaczenia cytatów moje



Przypisy:
[1]: 7 zasad fińskiego cudu edukacyjnego - MOŻEMY PRZYGOTOWAĆ UCZNIÓW DO EGZAMINÓW ALBO DO ŻYCIA. WYBIERAMY TO DRUGIE. (pedagodzy fińscy)

Fiński system edukacyjny uważany jest za jeden z najlepszych na świecie. Według badań międzynarodowych przeprowadzanych przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (trzy razy w roku) szkoły fińskie wykazują się najwyższym wskaźnikiem wiedzy na świecie. Ich uczniowie wypadają fantastycznie z nauk przyrodniczych oraz matematyki. Ponadto, czytają najwięcej ze wszystkich dzieci i młodzieży na planecie. Ale to nie to najbardziej zadziwia środowisko pedagogów. Najbardziej zaskakującym jest fakt, że uczniowie z Finlandii należą do grupy, która w ciągu roku poświęca na naukę najmniej czasu. Szkolnictwo w Finlandii jest powszechne, państwowe i bezpłatne. Szkoła obowiązkowa trwa 9 lat. Dzieli się na sześcioletni cykl nauczania początkowego oraz trzyletni cykl drugiego stopnia zorientowany przedmiotowo.Finowie reformowali swój system edukacyjny przez około 30 lat. Finlandia była bardzo biednym krajem ? drewno to omal jej jedyne bogactwo naturalne. Obecnie największym bogactwem Finlandii są dobrze wykształceni obywatele. Finlandia z małej firemki obróbki drewna przerodziła się w światowego giganta elektronicznego występującego pod nazwą ?Nokia?. Aby zostać profesorem w Finlandii należy przejść wymagający proces selekcji uniwersyteckiej. Nauczycielami zostają tylko najlepsi uczniowie. Bardzo ważnymi czynnikami, które decydują o tym, czy dana osoba otrzyma tytuł pedagoga są: zdolności komunikacyjne, postawa społeczna oraz empatia. W Finlandii zawód nauczyciela jest bardzo prestiżowy ? bardziej niż zawód lekarza.


7 ZASAD FIŃSKIEGO CUDU EDUKACYJNEGO

RÓWNOŚĆ

  • wszystkich szkół ? nie istnieją szkoły dla ?elit? lub szkoły ?przeciętne?. Największa szkoła liczy 960 uczniów, a ta najmniejsza 11. Wszystkie szkoły wspomagane są takimi samymi środkami ? proporcjonalnie do swego rozmiaru. Prawie wszystkie szkoły są państwowe (istnieje niewielka grupa szkół w części sprywatyzowanych). Szkoły, w których rodzice płacą dodatkowe czesne opierają się na konkretnym modelu pedagogicznym (np. Montessori) i są nieco bardziej wymagające w stosunku do swoich uczniów. Płatnymi są również instytucje, które zapewniają naukę trzech języków jednocześnie: angielskiego, francuskiego oraz niemieckiego.
    Do niedawna Finowie nie mogli dokonywać wyboru szkoły dla swojego dziecka i zobligowani byli do zapisania dziecka do szkoły zlokalizowanej najbliżej. Nakaz ten został zniesiony ale mimo to większość rodziców nadal wozi swoje dzieci do szkół w okolicy, gdyż i tak wszystkie są równie dobre;
  • wszystkich przedmiotów ? nie jest dobrze widziane faworyzowanie niektórych przedmiotów. W Finlandii wcale nie uważa się, że matematyka jest bardziej ważna niż na przykład nauka o sztuce. Wręcz przeciwnie, jedynym wyjątkiem jest tworzenie grup specjalnych dla uczniów z pasją do muzyki, sztuki i sportu;
  • wszystkich rodziców ? informacja dotycząca profesji lub statusu społecznego rodziców jest przekazywana kadrze pedagogicznej tylko w wyjątkowych przypadkach. Nie pozwala się na robienie żadnych pytań dotyczących tego aspektu;
  • wszystkich uczniów ? Finowie nie klasyfikują dzieci i młodzieży według ich uzdolnień. Nie ma uczniów ?dobrych? czy ?słabych?. W Finlandii zabrania się ich porównywania. Finowie cenią sobie integrację społeczeństwa, a także wkładają duży wysiłek w utrzymywanie relacji z osobami, które wymagają szczególnej uwagi. Oczywiście szkoły są również bardzo przyjazne dla osób niepełnosprawnych. Przepaść między fińskimi uczniami dobrymi i słabszymi jest najmniejsza na świecie;
  • wszystkich nauczycieli ? nie ma nauczycieli ulubionych oraz tych nienawidzonych. Wszyscy traktowani są z równym szacunkiem ? zarówno przez uczniów, rodziców, jak i we własnym gronie pedagogicznym. Taką samą wagę przywiązuje się do wszystkich specjalizacji ? nauczyciel muzyki jest tak samo ważnym pedagogiem jak nauczyciel fizyki;
  • praw dorosłych i praw dzieci ? już na początku edukacji dzieciom mówi się wiele o ich prawach, a także uświadamia się, że w każdej chwili mogą zgłosić swoje skargi na dorosłego pracownikowi socjalnemu. Takie podejście stymuluje rodziców do traktowania swoich dzieci jako indywidualistów, których nie można obrażać słownie ani fizycznie.

BEZPŁATNY DOSTĘP

  • do nauki samej w sobie;
  • do posiłku w stołówce szkolnej;
  • do wizyt w muzeach i zajęć dodatkowych;
  • do transportu ? jeżeli szkoła jest oddalona o więcej niż dwa kilometry ? dzieci są do niej przywożone i odwożone busami;
  • do książek, zeszytów, kredek, długopisów, kalkulatorków, a nawet do laptopów oraz tabletów.

INDYWIDUALIZM

  • Dla każdego ucznia projektuje się indywidualny plan nauki oraz rozwoju.
  • Podejście indywidualne znajduje odzwierciedlenie w dostosowaniu książek, zadań i ćwiczeń (wykonywanych w czasie lekcji oraz w domu), a także czasu potrzebnego na ich wykonanie do możliwości każdego ucznia.
  • W czasie lekcji uczniowie rozwiązują zadania dostosowane do swoich możliwości (jedne mają wyższy, a inne niższy poziom trudności, ale wszystkie obejmują podobny materiał). Dziecko oceniane jest na podstawie poziomu, który reprezentuje. Jeżeli dzisiaj uczeń potrafił rozwiązać zadanie z poziomu podstawowego, jutro otrzyma kolejne, nieco trudniejsze. Ale jeśli sobie z nim nie poradzi ? nic w tym złego. Po prostu powróci do poziomu nieco niższego.
  • W Finlandii nie są popularne korepetycje płatne, gdyż każdy uczeń może liczyć na pomoc swoich nauczycieli ? w czasie zajęć lub poza czasem lekcyjnym (nauczyciele pomagają z powołania).

ASPEKT PRAKTYCZNY NAUKI

  • Finowie mawiają: ?Możemy przygotować dzieci do egzaminów lub do życia. Wybieramy to drugie? ? dlatego w szkołach fińskich nie ma klasówek i sprawdzianów. Jeżeli nauczycielowi na tym zależy, może wprowadzić pewną próbną formę kontroli. Jedynym egzaminem obowiązkowym jest ten ogólny na koniec cyklu nauczania drugiego stopnia. Nikt jednak nie drży o jego rezultaty. Nikt nie wymaga od dzieci wkuwania całego materiału na miesiąc przed egzaminem; liczy się to, czego nauczyły się w czasie całego procesu.
  • W szkole uczy się tylko tego, co może okazać się przydatne w życiu ? dlatego materiał nie obejmuje wiedzy na temat funkcjonowania pieca żeliwnego; fińskie dzieci wiedzą za to od małego co to jest kontrakt czy karta kredytowa. Wiedzą również ile wynosi podatek dochodowy lub podatek od nieruchomości. Umieją stworzyć prostą stronę internetową oraz policzyć cenę produktu uwzględniającą rabat.

ZAUFANIE

  • Wszyscy pracownicy oświaty obdarzeni są dużym zaufaniem ? system edukacyjny proponuje pewne podstawowe wytyczne oraz ogólne zalecenia, jednak każdy pedagog stosuje metodę nauczania, która jemu wydaje się być najbardziej odpowiednia dla jego uczniów.
  • Ufa się również uczniom ? nauczyciele głęboko wierzą, że każdy młody człowiek potrafi wybrać to, co jest dla niego ważne i wartościowe. Jeżeli w czasie zajęć puszczany jest film edukacyjny, jednak uczeń uznaje, że jego ta tematyka nie interesuje ? ma pełną swobodę do robienia czegoś innego, na przykład czytania książki.

DOBRA WOLA

  • Uczy się ten, kto rzeczywiście tego chce. Rolą nauczyciela jest zachęcenie młodych ludzi do pogłębiania wiedzy, ale jeśli ktoś nie ma chęci lub zdolności do nauki ? kierowany jest ku zdobyciu zawodu praktycznego, czegoś ?prostszego?. Projektowanie samolotów nie jest dla wszystkich; w społeczeństwie potrzebni są również dobrzy kierowcy autobusów.
  • Fiński proces edukacyjny jest ?miękki i delikatny?. Ale to nie oznacza, że nie jest poważny. Kontrola godzin lekcyjnych, na przykład,  jest obowiązkowa. Ponadto, uczniowie są zobligowani do odrobienia wszystkich nieobecności.
  • W Finlandii nie ma nic wstydliwego w powtarzaniu roku ? najważniejsze, by każdy młody człowiek dobrze przygotował się do dorosłego życia.

NIEZALEŻNOŚĆ

  • Finowie uważają, że szkoła powinna przygotować dziecko do czegoś bardzo ważnego: do tego, by ułożyć sobie udane życie i by zostać niezależnym człowiekiem.
  • Najważniejszym aspektem edukacji jest nauka samodzielnego i praktycznego myślenia ? innymi słowy: rozwiązywania problemów. Zamiast zapamiętywania regułek młodzi ludzie uczą się, jak odnaleźć je w książkach lub internecie.
  • Pedagodzy fińscy nie ingerują w konflikty między uczniami. W ten sposób pozwalają im przygotować się na różne ewentualności życiowe i umożliwiają rozwój zdolności skutecznej obrony.


zapisz jako pdf
zapisz jako doc (MS Word)
drukuj

KOMENTARZE

Lipiec
Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
N
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
01
02
03
04